Lot koło Nagiej Damy

 LOT1a Okladka 172KB

 
 
Wyruszając w grudniu 1997 roku do Pakistanu na Polską Zimową Wyprawę na Nanga  Parbat (8125 m), jako korespondent dziennika „Rzeczpospolita”, wiedziałam, że uczestniczę w wyjątkowej przygodzie, eksperymencie dziennikarskim. Po raz pierwszy ekspedycja wspinaczy miała przesyłać z Himalajów relacje wraz ze zdjęciami przez satelitę. Po raz pierwszy korespondentem długiej, zimowej wyprawy na ośmiotysięczny szczyt miała być kobieta – jedyna w zespole. Miałam się poruszać w świcie islamu. Moim zadaniem było wwiezienie na teren Kaszmiru, o który spierają się Indie i Pakistan, sprzętu do komunikacji, jakim nie dysponowała żadna z armii tych państw.     
     Dramatyczna wyprawa była zaledwie początkiem zaskakujących wydarzeń. Zaważyła nie tylko na moim życiu. Była kluczem otwierającym drzwi do przeszłości i przyszłości...    
     Tę bardzo osobistą opowieść zdecydowałam się napisać, by ocalić od zapomnienia losy rodaków wiernych dewizie; Bóg, Honor, Ojczyzna.
 
 
 
      Trzeba wydobywać z niepamięci okruchy rozbitego lustra polskiej historii, żeby następne pokolenia mogły się w nim przejrzeć – z dumą…!   
 
 
 
 
Książka zawiera niepublikowane wcześniej dokumenty, zdjęcia z czasów II wojny światowej i polskich pilotów, którzy tworzyli po wojnie lotnictwo w Himalajach, Hindukuszu, Karakorum. Pokazuje miejsca, które odwiedziłam, dziś trudno dostępne dla turystów.
 
 
„Lot koło Nagiej Damy” otrzymał Nagrodę Książki Górskiej Roku 2016 w kategorii Wspomnienia i autobiografie, w konkursie XXI Festiwalu Górskiego im. Andrzeja Zawady w Lądku Zdroju.
(Jury przyznało tę Nagrodę ex aequo z książką „Krzysztof Wielicki – mój wybór. Tom I i II” Piotra Drożdża.)
 
 
 
Rozdziały (fragmenty):
 
 
WYPADEK
 
 
 LOT2 Nanga Parbat Fot MonikaRogozinska 73KB
  Fot. Monika Rogozińska
 
 
 
 
– Halo, baza. Halo, baza. Chyba zdarzyło się nieszczęście... – zdyszany głos Ryśka Pawłowskiego płynął z radiotelefonu, rwał się.  –  Dostałem olbrzymim kamieniem w nogę... Rozerwało mi but... Jestem u wylotu kuluaru... Nogę mam wykręconą… Nie wiem czy złamaną... W bucie jest krew…     
 
     – Wypadek!!!– krzyk kierownika wyprawy, Andrzeja Zawady, poderwał na nogi wszystkich w bazie. Wybiegaliśmy ze swoich namiotów pędząc do namiotu łączności radiowej.     
     – Rysiek, Rysiek czy mnie słyszysz? – Marek Klar wywoływał przez radiotelefon rannego kolegę. Wspinał się niżej. Nie dostał odpowiedzi.    
     – Baza, baza – zawołał Klar. – Słyszę krzyk z góry. Zeszła olbrzymia lawina... Już tam pędzimy...    
     Stromy kuluar, u wylotu którego znajdowali się alpiniści, pluł kamieniami i śniegiem. Tkwili w jednej z najwyższych ścian górskich świata – urwisku Diamir ośmiotysięcznika Nanga Parbat w Himalajach Pakistanu.        
     W bazie koledzy zbierali się do akcji ratunkowej. Od rannego Ryśka dzieliło nas 11 kilometrów brnięcia w głębokim śniegu pod ścianę i kilometr wzwyż. Byliśmy jedyną wyprawą na Nanga Parbat – zimową. O tej porze roku, kiedy panują ekstremalnie trudne warunki, rejony wokół najwyższych szczytów pozostają opustoszałe.
 
      Coś niezwykłego kryje się w tej górze. Żadnego innego ośmiotysięcznika nie obdarzono tyloma strasznymi nazwami: Potwór, Monstrum, Morderca, Góra Tragiczna, Fatalna… Obsesja – taką była dla wielu.
     Miejscowi górale mówią o niej Nanga Parbat – Naga Góra. 
 
 
 
 
 LOT3 A Zawada Nanga Parbat 1997 8 Fot MonikaRogozinska
                                                                                 Fot. Monika Rogozińska
 
 
Andrzej Zawada – Lider. W Dolinie Diamir w drodze pod Nanga Parbat. Grudzień 1997 roku
 
 
Na wąskiej ścieżce nad przepaścią pojawił się mężczyzna. Szła za nim kobieta. Na widok karawany 185 tragarzy idących z ładunkami szeregiem po stromym zboczu Doliny Diamir, kobieta w panice zaczęła wspinać po skałach, chwytając się kęp suchych roślin i załomów. Wreszcie przylgnęła twarzą do stoku, wysoko ponad nami. Drżała z wysiłku i strachu. Starała się wtopić w grunt, rozpłynąć, być niewidoczną. Gdyby runęła, spadłaby do płynącej w głębokim kanionie rwącej rzeki. Mężczyzna zwrócił się do mnie i coś mówił, wskazując kobietę…
 
...
 
     Było zupełnie ciemno, kiedy poczułam, że się duszę. Coś mnie krępowało i przygniatało z dużą siłą. Obudził mnie strach. Twarz kneblował materiał namiotu. Z pamięci wypłynął obraz namiotu zasypanego niewielką deską śnieżną w bazie polskiej wyprawy pod Makalu. W środku był chory alpinista. Śnieg go przytłoczył i zabił.
     Przyciskający z dużą siłą namiot pozwalał mi jednak na ruchy. Odwróciłam się głową ku wyjściu i przeczołgałam. Po omacku odnalazłam suwak. Otworzyłam namiot. To był tylko wiatr. Szaleństwo wichru. Uderzał. Wgniatał maszty w ziemię. Wywrócił stolik i wcisnął w kąt. Zostawiłam rozchylony suwak, żeby mieć czym oddychać, wbiłam się głębiej w śpiwór, by zamieć nie biła mnie po twarzy i przyciśnięta namiotem zasnęłam.
     – Monika, budź się! Masz temat! Baza zniknęła! – obudził mnie krzyk.
 
...
 
 
Zostaliśmy wszyscy uwięzieni. To co się działo w północnym Pakistanie było kataklizmem. W dolinie Diamir spadł znowu metr świeżego śniegu. Niżej lały się potoki deszczu.
     Wiatr i nieustająca zadymka kolejny dzień uniemożliwiły przylot helikoptera. Ocieplało się. Termometr w bazie głównej pokazywał parę stopni powyżej zera. Huk lawin brzmiał kanonadą. Tak długiego i gwałtownego załamania pogody nie notowano tu o tej porze roku od dziesięcioleci. Szosę Karakorum Highway pozrywały kamienno–błotne lawiny…
 
...
 
 
 
 
LOT4 Akcja ratunkowa NangaParbat1997 8
                                                                          Fot. Archiwum Moniki Rogozińskiej
 
Akcja ratunkowa na Nanga Parbat.
Z lewej: Piotr Konopka. Za nim: opatulony i ciągnięty na desce po śniegu Ryszard Pawłowski
 
 
Szóstej nocy od wypadku usłyszałam krzyk:     
      – Słuchajcie! Widać gwiazdy!         
      Od świtu poruszenie. Nareszcie piękna pogoda. Silny mróz i bezchmurne, błękitne niebo.
      –Widoczność jest doskonała, może pan startować! – zatelefonowaliśmy do wojskowego pilota.
      – Nic z tego, nie dzisiaj – usłyszeliśmy. – Trwa akcja ratunkowa. Lawina zasypała grupę pakistańskich żołnierzy pilnujących granicy z Indiami. Może jutro uda się do was przylecieć, ale to nic pewnego. Sąsiednia dolina Rupal poprzecinana została wieloma lawinami. Drogi pozrywało. Ludzie potrzebują pomocy...
 
...
 
 
 
Nanga Parbat powitała nas śniegami i huraganami, a pożegnała kataklizmem.
      Niebo było zupełnie bezchmurne. Zachodzące słońce ciepło oświetlało Nanga Parbat. Żal było odchodzić. Pokochałam tę górę. Pakowałam się w swoim namiocie. Pięciu kolegów wspinało się do obozu I, żeby odgrzebać spod śniegu namiot ze sprzętem i zlikwidować obóz. Była to ryzykowna operacja po kolejnych wielkich opadach, lecz pozostawiony w obozie I ekwipunek stanowił dla wielu dorobek życia. Zdecydowali się tam dotrzeć i spróbować wydrzeć górze cenny sprzęt. Reszta uczestników wyprawy pakowała bazę przed rychłym początkiem karawany powrotnej.
      Nagle zakołysała się ziemia. Myślałam, że mam zaburzenia błędnika. Znowu kołysanie. Wyskoczyliśmy z namiotów. Przez chwilę panowała cisza. A potem jakby runęła część świata. Jedna po drugiej urywały się bariery seraków spod szczytów i żleb po żlebie, po kolei, jak w przewracającym się dominie, ruszały potężne lawiny. Jedna, druga, trzecia, czwarta, w jakimś upiornym porządku spływały falą z grani Mazeno – ramienia Nanga Parbat. Sunęły do podstawy ścian, kłębiły się coraz bliżej głównej ściany Diamir. Zamarliśmy, patrząc, jak ta fala zbliża się do widocznych przez lunetę pięciu małych postaci idących u stóp urwiska Diamir. Nad nimi rozpościerały się gigantyczne masy lodu.
      Widzieliśmy, jak kolejne figurki padały, a potem śnieżna chmura zasłoniła wszystko. Fala białego pyłu dotarła do bazy. Zaczęła dusić. W dolinie się kotłowało. Zgasł błękit nieba.
 
...
 
 
 
Ostrożnie podeszłam do żlebu.
      – Śmiało. Zagarnij garść jasnej ziemi – zachęcał Ali. – A teraz dmuchnij mocno.
      Dmuchnęłam. Na dłoni zostały brunatno–bordowe szlachetne kamienie. Granaty.
      – Weź więcej. Tu jest ich dużo. A tam wysoko w górach są rubiny. Ale do nich nie każdy może mieć dostęp.
      Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z osnutą legendą Doliną Hunzy. Już na progu mnie obdarowała. Wydawała mi się bliska. Czy miałam przeczucie?
 
 
– Poznałem  ostatniego władcę Księstwa Hunzy! Maharadża przyjął nas na audiencji w swym starym forcie – Andrzej Zawada przerwał mi opowieść o wrażeniach ze zwiedzania Hunzy. – W 1971 roku prowadziłem Pierwszą Polską Wyprawę w Karakorum na siedmiotysięcznik Kunyang Chhish, wtedy drugi najwyższy z dziewiczych jeszcze szczytów. Trudna góra, której niewiele brakowało do ośmiu tysięcy metrów. Żaden Polak tak wysoko wtedy jeszcze nie stanął. Karakorum Highway budowano. Część drogi przebyliśmy więc karawaną. Kiedy dotarliśmy do Hunzy, musiałem wyprawę przedstawić władcy krainy, w której leżał cel naszej ekspedycji. Mir nadzwyczaj serdecznie nas ugościł. Rozmawialiśmy w języku angielskim. Starałem się wytłumaczyć skąd przybywamy. Nawet Europejczycy często nie wiedzą, że istnieje Polska, albo nie mają pojęcia, gdzie leży. Słysząc po angielsku Poland myślą, że mówimy Holland.
     – Jestem przekonany, że wspinacze z tak dzielnego narodu, który przetrwał stulecie rozbiorów, z odwagą walczył o wolność z przeważającymi siłami wroga w Powstaniu Warszawskim, odniosą zwycięstwo w górach – oznajmił maharadża.
     – Osłupiałem ze zdumienia – wspominał Andrzej. – Władca trudnodostępnej krainy otoczonej wysokimi dziewiczymi szczytami dużo wiedział o Polsce. Darzył sympatią nasz kraj.
     – Znałem dobrze Polaków, a z jednym z nich, pilotem, bardzo się zaprzyjaźniłem – wyjaśnił mir na widok zdziwienia swego gościa.
     – Jak się nazywał ten pilot? Jak się tam znalazł? – podekscytowana atakowałam Andrzeja.
     – Nie wiem. Byłem pochłonięty celem wyprawy.        
     Przygotowując się do wyprawy na Nanga Parbat zaczęłam poszukiwać  tajemniczego pilota, przyjaciela maharadży. Mir już nie żył. Któryś z alpinistów wypytywał wtedy miejscowych. Nadaremnie. Pamiętano jedynie, że jacyś Polacy latali kiedyś w Himalajach i że robili to brawurowo.
 
 
 LOT5 The National Geographic Magazine 1953 104KBjpg
 
 
Drugą część reportażu z Pakistanu Jean i Franca Shor: "Na końcu świata w Hunzie"
The National Geographic Magazine opublikował w 1953 r. wraz z ich zdjeciem mira Hunzy
 
 
 
 
Znalazłam! To musiał być On!
     Przed wyjazdem na wyprawę zbierałam informacje na temat górzystej części Pakistanu. Dotarłam do archiwalnych numerów "The National Geographic Magazine" z czasów stalinowskich, kiedy pismo było w Polsce niedostępne i zakazane…
     W listopadzie 1952 r. wice–naczelny miesięcznika Franc Shore z żoną Jean opisywali niebezpieczny lot z Gilgit w Hunzie do Rawalpindi:
     "Wiatr zmienił się na chwilę przed startem i nasz pilot, brodaty Polak, który latał w RAF podczas wojny, wahał się przez moment, po czym gwałtownie skręcił samolotem. Zamiast wystartować ponad płaskim korytem rzeki Hunzy, pomknęliśmy w kierunku miasta, niemal dotykając brzuchem drzew, a potem stając na koniuszku jednego skrzydła, kiedy wykręcaliśmy przed stromą ścianą doliny. – Zawsze się zastanawiam, czy zdołam wznieść się, startując w tym kierunku – śmiał się pilot, który zaprosił nas do kabiny."
 
...
 
 
 
Zakończyła się zimowa wyprawa na Nanga Parbat.
     Na lotnisku w Warszawie czekał na mnie najpiękniejszy prezent, jaki mogłam po tym wszystkim dostać. Żony, matki, przyjaciółki alpinistów wręczyły mi bukiet kwiatów z podziękowaniem. Dla mnie, to one były bohaterkami. Dzielni alpiniści robią to, co chcą: walczą z trudnościami przyrody w przepięknej scenerii. Kochające ich kobiety robią to, co muszą: walczą samotnie z codziennymi obowiązkami, czekając na nich.Myślałam, że to koniec przygody.
     Pewnego dnia wyjęłam ze skrzynki pocztowej list. Otworzyłam. Czytałam nie dowierzając… To był ON.
 
 
 
 
 

HENRYK I JEGO BRACIA

 

 
 LOT6 Nareszcie brytyjski brzeg
  Fot. Archiwum Moniki Rogozińskiej
       Tę fotografię z czasów II Wojny Światowej znalazłamw szufladzie Henryka Franczaka.
       Na odwrocie był jego odręczny napis: Nareszcie brytyjski brzeg...

Przesyłka miała stempel poczty USA i nadruk nowojorskiej redakcji „Nowego Dziennika”. Gazeta opublikowała mój tekst o wyprawie na Nanga Parbat i dostała od czytelnika list adresowany do mnie. Nazwisko nadawcy na kopercie było mi obce. Podobnie miejscowość, w której mieszkał. Leżała w Stanach Zjednoczonych niedaleko miasta Providence – Opatrzność.

Szanowna Pani,

 

         Pani opowieść o wyprawie na Nanga Parbat bardzo mnie wzruszyła. Przypomniała mi najpiękniejszy czas mego życia. Jako pilot często latałem z Rawalpindi do Gilgitu i Skardu... Zakochałem się wtedy w Śpiącej Damie, tak wtedy przez tubylców nazywanej Nanga Parbat, wtedy jeszcze dziewicy...

      Jeden z mych lotów był opisany w „National Geographic Magazine”. Na innym pasażerem był mir Hunzy. Pierwszy raz w życiu obejrzał z samolotu swoje księstwo, co prawdopodobnie zapieczętowało naszą przyjaźń od tej pory…

      Gdyby Pani była łaskawa zatelefonować do mnie, to bardzo by mnie Pani uszczęśliwiła. Oczywiście natychmiast odwzajemnię połączenie, żeby nie narażać Pani na koszty…

 

     Szczęść Boże,

 

     Henryk Franczak.

 

      Zatelefonowałam…

 ...
 
 
 
 
 
 LOT7 Henryk Franczak pilotRAF
                                                                          Fot. Archiwum Moniki Rogozińskiej
 
 
Henryk Franczak

Henryk i jego bracia reprezentowali „pokolenie Kolumbów”. Tak nazwano generację, która dorastała w okresie międzywojennym; dojrzałość albo śmierć przyniosła jej II wojna światowa, a później została potraktowana bezwzględnie. Odcięcie przez komunistów Polski żelazną kurtyną, zmiany granic, wywożenie do gułagów na bezkresy Związku Radzieckiego tragicznie podzieliły nasz naród. Ci, którzy walczyli u boku aliantów na wielu frontach, nie mogli wrócić do ojczyzny. Nasza historia, tożsamość popękały. Komuniści, by władać, zwalczali pamięć...

...

 

– Dęblin. 1 września wczesnym rankiem golę się w łazience i słyszę hałasy, jakieś wybuchy – opowiada Henryk. – Dziwię się, co to może być? Ćwiczą bombardowanie na poligonie?
      – Alaaarm! Wojnaaa!!!
      Zaczęły nas ostrzeliwać niemieckie sztukasy.Dostałem zadanie zbierania rannych i odwożenia do szpitala, do Puław. Okropne… mnóstwo ludzi… zmasakrowani… kobiety… dzieci… bez nóg… umierający… Trwało to kilka dni. Lotnisko zostało zniszczone. Udało się tylko kilku samolotom wystartować i ewakuować na wschód. Reszta nas powędrowała w tym samym kierunku z taborem wynajętych furmanek. Sztukasy atakowały.

 

W Lyonie znalazłem się już bez Staszka w grupie podchorążych z Dęblina, Sadkowa, Warszawy. Zakwaterowali nas na słomianych materacach na betonowej podłodze sali wystawowej. Czekaliśmy niecierpliwie na dalsze szkolenie do walki. Ta wiadomość nami wstrząsnęła:
     – Francja się poddała Hitlerowi.
     – Fini la guerre! – wiwatowali francuscy wojskowi.
     Cieszyli się, że jest koniec wojny, że nie muszą się bić „za Gdańsk, za Polaków”. Nie byli przyjaźnie do nas nastawieni. A my chcieliśmy się bić za naszą i ich wolność, za wolność Polski i Europy! – z goryczą wykrzyknął Henryk.

 

304 został zdziesiątkowany. Załogi, które przeżyły, włączono do nowo utworzonego Lotnictwa Obrony Wybrzeża Wielkiej Brytanii (RAF Coastal Command) w Dale. Tam spotkałem brata Staszka. Latał jako pierwszy pilot w tym samym dywizjonie.

 

Nasze drogi ze Staszkiem znowu się rozeszły – kontynuował opowieść Henryk. – Wysłano go na skrócony kurs do szkoły podchorążych. Dalszy jego przydział był tajny. Straciliśmy kontakt. Nie wiedziałem, gdzie zniknął. Jedynym śladem był list, jaki od niego w tym czasie dostałem, wysłany z okolic Neapolu. Opisał w nim wybuch wulkanu Wezuwiusz.

     We wrześniu 1944 roku otrzymałem zawiadomienie, że mój brat Staszek jest „zaginiony w akcji”.

 

Do prawdy o ostatnich chwilach Stanisława Franczaka dotarłam osiem lat po zgonie Henryka. Znalazłam ją w Londynie, w Instytucie Sikorskiego, w dokumentach z nadrukiem: Royal Air Force – SECRET i Baza Sił Powietrznych – POUFNE.
     Henryk nie mógł wiedzieć w czasie wojny, gdzie zniknął jego brat pilot, bo misję, jaką ten wypełniał, otoczono szczelną tajemnicą.

 
 
 
 LOT8 StanislawFranczak gen.Sosnkowski
                                              Fot. Archiwum Moniki Rogozińskiej
 
 
Stanisława Franczaka dwukrotnie odznaczono Krzyżem Walecznych i bojową odznaką pilota.
Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari Naczelny Wódz generał Kazimierz Sosnkowski nadał mu
„w uznaniu wybitnych czynów męstwa, wykazanych w lotach, których celem było niesienie pomocy walczącej Warszawie, a szczególnie w locie nocnym z 20/21.VIII.44 r.”

 

 

„Murzyn zrobił swoje. Murzyn może odejść” – sentencja z dramatu Fryderyka Schillera, nazywanego niemieckim Szekspirem, trafnie opisuje ówczesną sytuację.
     Niemcy złupili, zrujnowali, zmasakrowali, wymordowali, wyniszczyli Polskę. Polacy przyczynili się do obronienia Anglii przed inwazją hitlerowską i pokonania Rzeszy, walcząc na wielu frontach. Anglicy wystawili rachunek za walkę z Niemcami… Polakom. „Murzyn” był waleczny, ofiarny i naiwny. Gracze twardzi, bezwzględni i cyniczni w trosce o swoje interesy. Grali wszak także o tony złota – polskiego złota. Gdy w Londynie odbywała się parada zwycięstwa, rząd brytyjski kończył już długie negocjacje z władzami komunistycznymi z Warszawy. Dwa tygodnie później podpisał z nimi w swej stolicy układ.
...
 
 
 
Brytyjczycy liczyli skrupulatnie. Same koszty utrzymania Polskich Sił Powietrznych w Anglii, w latach 1939–1945, obejmowały: samoloty, silniki, obsługę techniczną, medyczną, paliwo, bomby, amunicję, używanie hangarów, biur, szkolenie, zakwaterowanie, wyżywienie, żołd...
     Wszystkie kwoty wydane na pomoc polskim uchodźcom, Polskie Siły Zbrojne i ich wyposażenie, kredyty wojskowe, funkcjonowanie administracji państwa polskiego rząd Jej Królewskiej Mości wyliczył na 152 miliony 500 tysięcy funtów szterlingów.
     Polska Ludowa zgodziła się regulować rachunki w złocie przechowywanym w Londynie. Reszta kruszcu miała pozostać do dyspozycji komunistycznego rządu. „Układ w sprawach finansowych” podpisano w Londynie 24 czerwca 1946 roku. Ratyfikował go i podał do powszechnej wiadomości rok później Bolesłąw Bierut, prezydent Rzeczpospolitej Polskiej, działacz sowieckiego Kominternu, agent radzieckiego wywiadu wojskowego...
 
...
 
 
– Zostaliśmy pozostawieni sami sobie - kontynuował opowieść Henryk...
 
...
 
– Wylecieliśmy do Pakistanu grupą około stu pięćdziesięciu osób przed samym Bożym Narodzeniem 1948 roku: doświadczeni piloci, załogi, obsługa naziemna, instruktorzy – jądro polskiego lotnictwa w Wielkiej Brytanii – opowiada Henryk. – Wylądowaliśmy w Karaczi nad Oceanem Indyjskim – wtedy stolicy nowego islamskiego państwa. Oficerów przyjął premier.
     Pierwsze Boże Narodzenie nie mogło odbyć się bez choinki. Te zaś rosły kilkaset kilometrów dalej i przynajmniej cztery kilometry wyżej, w innym klimacie. Aby zrobić niespodziankę polskim lotnikom, skierowano pluton wojska w góry, a potem drzewko przysłano samolotem.
 
...
 
 
Pewnego dnia dowódca zawiadomił mnie, że na pokładzie będę miał bardzo ważną osobę: VIP–a, mira, władcę księstwa Hunzy. Bardzo im zależało, żeby się specjalnie tym dżentelmenem zaopiekować. 
     Wypełniłem rozkaz. Zaprosiłem maharadżę do kabiny pilota. Gawędziliśmy. Nagle zapytałem:
     – Wasza Wysokość, czyś widział z lotu ptaka swoje księstwo?
     – Nie.
     – A chciałbyś?
     – Aaaa, proszę bardzo – entuzjastycznie odpowiedział.
     Zawiadomiłem przez radio Gilgit, gdzie miałem wylądować, że zboczę z trasy i polecę najpierw nad Hunzę. Mir bardzo mi na koniec dziękował.
     Następnym razem, kiedy wylądowałem w Gilgit, to czekał na mnie elegancki dywan w prezencie.
     Mir poprosił gubernatora tego rejonu, że chciałby latać z kapitanem Franczakiem. Podróżował do Pakistanu, Egiptu, Anglii… Zawsze pytał, kiedy pilotuję i wtedy leciał. Czekał na mnie. Tak zaczęła się nasza przyjaźń.
 
 
 
 
LOT9 Dakota Henryka Skardu 1952 r
                                       Fot. Archiwum Moniki Rogozińskiej

      Dakota Henryka na ówczesnym lotnisku - łące w Skardu, 1952 rok

 

 

Zakochałem się w lataniu w Himalajach, Hindukuszu, Karakorum – wspomina Henryk. – Dla mnie latanie w górach Pakistanu było szczęściem, za które mi płacili. Oni nie wiedzieli, że tak kochałem to latanie, że za darmo bym to robił. Każdy kurs wzdłuż Indusu sprawiał mi wielką radość. Niepotrzebna mi była nawigacja. Cały teren dobrze znałem. Był czas, że robiłem w rejon Gilgit i Skardu dwa do trzech lotów dziennie.

 
 
 
 
 
 LOT10 Indus Fot MR 304KB
                                      Fot. Monika Rogozińska

 

Wzdłuż Indusu w stronę Skardu

 

 

Pierwszy lot do Skardu wywarł na mnie wzruszające wrażenie podziwu i nieopisanego czaru krajobrazu. Major Wolański pokazywał mi trasę. On prowadził, ja obserwowałem.     
     Nasze Dakoty miały ograniczony pułap – do 10 000–16 000 stóp (ok. 3400 – 5400 m npm). Wyposażone były w ogrzewanie, ale pozbawione klimatyzacji. Musieliśmy więc latać wzdłuż Indusu, często tunelem tworzonym przez rzekę, ściany i chmury nad głową. Lecieliśmy właśnie w takich warunkach.
     W pewnej chwili major Wolański zrobił ostry zakręt w prawo i w lewo. Nagle, jak za podniesioną kurtyną, ukazała się bajecznie piękna, słońcem oblana, srebrną wstęgą Indusu przecięta dolina, z kwiatami na lotnisku i skałach, szczytami pokrytymi śniegiem i majestatycznym K2 w oddali.
     Shangri-La!  zawołałem. To był raj, który znałem z powieści Jamesa Hiltona i filmu, który w Anglii oglądałem.

 

Obserwowałem z powietrza postępy niemieckiej wyprawy na Nanga Parbat wiosną 1953 roku. Nie zbliżałem się do góry samolotem. żeby nie spowodować lawin. Pewnego dnia ciekawość jednak zwyciężyła…

 

Spotkałem potem tę wyprawę w Gilgit. Zwoziłem ich z gór. Zaprosili mnie do wspólnego zdjęcia. Jakoś uprzejmie się wykręciłem. Właściwie wtedy jeszcze bardzo byłem uprzedzony do całego niemieckiego narodu – wyjaśniał z zażenowaniem Henryk. – Poza tym odepchnęła mnie widoczna nieprzyjemna atmosfera między alpinistami. Było tam dużo napięcia. Dopiero po tylu latach od ciebie się dowiedziałem, że członek wyprawy, Hermann Buhl dotarł na szczyt. Ja zapamiętałem, że ekspedycja była nieudana. Tak mi ją przedstawiono. Byłem przekonany, że moja ukochana pozostała dziewicą. Nie miałem pojęcia, że można było zanegować samotny wyczyn swego kolegi, że jedni drugim nie wierzyli. Inaczej sobie wyobrażałem wyprawy himalaistów – mówił zdziwiony Henryk.

     Lot z Gilgit do Rawalpindi z dziennikarzami „The National Geographic Magazine” oczywiście pamiętam. Franc Shor przedstawił się. Zaprosiłem go do kabiny pilotów. Z żoną Jean stanowili zespół w pracy: on pisał, ona fotografowała. Na pokładzie mieliśmy też klasę średniej szkoły, która leciała na egzamin maturalny. Dla mnie ten lot był normalny, rutynowy. Tak lataliśmy. Franc uważał, że było w nim coś brawurowego.

 

Przyszedł czas, że opuściłem swój raj. Wyprowadziła mnie z niego kobieta…

 

 

DEFILADA

 

 
 LOT11 North Scituate domHenryka 10XII2005.Fot MR
 Fot. Monika Rogozińska
                    Dom Henryka w USA
 
 

W styczniu 2000 roku Andrzej Zawada usłyszał wyrok: nowotwór. Lider miał wyjechać na rekonesans pod K2 od chińskiej strony. Zdobycie zimą piramidy ośmiotysięcznika uważał za największe wyzwanie światowego alpinizmu. „Rzeczpospolita” znowu zgodziła się wesprzeć planowaną wyprawę. Najpierw należało sprawdzić, czy możliwe jest zimą dojście od chińskiej strony pod tę górę. Zamiast w samolocie, Zawada wylądował w szpitalu.

     Przyszłam do niego wieczorem w przeddzień ciężkiej operacji. Obydwoje wiedzieliśmy, że może z niej nie wrócić. Nie traciliśmy czasu. Zabraliśmy się do pracy, jak zwykle. Nagrałam eksploracyjny testament Lidera…

 

Odległość siedmiu tysięcy kilometrów między nami stwarzała bezpieczną przestrzeń. Niczego nie udawaliśmy. Nie było zresztą czasu. Henryk szykował się na spotkanie z Panem Bogiem, pielęgnując dom i ogród, ja wirowałam bez wytchnienia w obowiązkach, służbie ludzkości i walce o przetrwanie.

         Szybko zauważyliśmy, z Henrykiem jak wiele nas łączy. Przejmowaliśmy się wspólnie batalią toczoną o Polskę. Rekonwalescencja po komunizmie była procesem, którego nikt wcześniej nie przechodził. Raniło nas szydzenie z patriotyzmu, bolał atak na wartości, przerażała bezwzględność manipulacji „dziennikarzy” posłusznych interesom grup, a nie prawdzie, zaskakiwał cynizm wbijania rodaków w cudze kompleksy, wstrząsała parweniuszowska pogarda wobec społeczeństwa tych, którzy na sprawowaniu władzy albo kontaktach z nią już się wzbogacili. Kto nie umiał zarabiać pieniędzy, irytował tych, którzy się dorabiali po socjalistycznej biedzie…

     Pasja działania pożytecznego, etos inteligencki służenia społeczeństwu, który wyniosłam z domu, nie przystawały do nowych czasów. Romantyzm był passé, duma narodowa obciachem. Nowa kasta rodzimych Europejczyków zachowywała się tak, jakby nie wiedziała, że nasi przodkowie Europę współtworzyli i jej bronili.

     Nie wiem, kiedy nasze rozmowy telefoniczne stały się niezbędne. Henryk zaczął żyć moim życiem, stał się powiernikiem radości, pomysłów, niepewności i wreszcie skrywanych, głębokich poranień, które też nas łączyły. Obydwoje bowiem zostaliśmy naznaczeni na całe życie tym samym piętnem…

 

Wylądowałam w Bostonie. Na lotnisku Henryk na mój widok rozłożył szeroko ramiona charakterystycznym gestem z taką siłą radości, że zdawało się, iż zapięte guziki marynarki odprysną. W jednej ręce podrygiwał bukiet kwiatów. Nawet muszka w grochy na szyi uśmiechała się do mnie. Rzucił się, żeby odebrać mi bagaż z rąk. Doszliśmy do samochodu. Kremowy, szeroki krążownik szos retro lśnił w świetle jarzeniówek chromowanymi listwami i znaczkiem firmowym na masce. Przednie siedzenia forda thunderbirda siódmej generacji łączyły się w bordową wygodną kanapę z podłokietnikami. Stałam przed kultowym reprezentantem klasy osobistych luksusowych amerykańskich aut sprzed dekad. Pod tylną szybą widniały na małym stojaku dwie flagi: Polski i USA.
     Henryk wręczył mi kluczyki.
     – Proszę, ty kierujesz – poinformował.
     – Jak to? Nie potrafię. Nigdy nie prowadziłam samochodu w Stanach. Tym gigantem nie trafię w bramki wyjazdu z parkingu. Zabłądzę na pierwszym piętrowym skrzyżowaniu. Pogubię się na wielopasmowych jezdniach. Nie przebiję się przez potoki samochodów… – ze strachu ocknęłam się ze zmęczenia.
     – Ty nie potrafisz?! – przerwał mi szczerze zdziwiony Henryk. – Tu każdy głupek umie jeździć. Naturalnie, że potrafisz! To nic dla ciebie. Wsiadamy.
     – Automatyczna skrzynia biegów. Nigdy czegoś takiego nie używałam– Automatyczna skrzynia biegów jest dla idiotów, żeby było łatwiej. Wciskasz tylko prawą nogą pedał gazu i hamulca. Zapomnij o lewej nodze. Jak będziesz zapominała zapominać, to ją przywiążemy do fotela.
     – Henryku, jest noc… – błagałam.
     – Właśnie. Ja jestem całkiem ślepy na jedno oko. Błąd lekarzy. W nocy nie widzę też na drugie. Przyjechałem specjalnie wcześniej za dnia i czekałem. Tylko ty nas możesz dowieźć bezpiecznie. Będę ci mówił, gdzie jechać.
     – Przecież nic nie widzisz w nocy.
     – Ale znam trasę na pamięć. Ruszamy!
     Wtedy, w Bostonie, doświadczyłam po raz pierwszy bezgranicznej wiary Henryka w moje umiejętności i możliwości poradzenia sobie w każdej sytuacji. To była dla mnie nowość. Nigdy wcześniej żaden mężczyzna tak do mnie nie mówił. Poznałam krytykę, milczenie, lekceważenie, gdy moje działania bliscy mi mężczyźni postrzegali jako osiągnięcie. Nieraz obrywałam za ich mniemanie, że jestem silną kobietą. Dla podkreślenia swej przewagi uderzali tak celnie, jak potrafili, w skrajnej sytuacji doświadczyłam siły pięści. Henryk swoim zaufaniem odbierał mi lęk. Henrykowe „oczywiście, że potrafisz”, „naturalnie, dasz radę” wobec każdego wyzwania, jakie stawało przede mną, sprawiało, że je podejmowałam. Odkrywałam, że potrafię i daję radę. A kiedy zrealizowałam zadanie, jego entuzjastyczne „Udało się!” i spokojnie pewne „Widzisz, mówiłem”, i jeszcze większa wiara we mnie były nagrodą. Henryk nie zazdrościł. Henryk podziwiał. Przy nim rosły mi skrzydła...
 
 
 
 
W Henryku urzekała mnie galanteria włąściwa dla jego pokolenia Polaków. W moim bardzo wyśrubowanym rankingu - Lidze Dżentelmenów - zajmował pozycję wiodącą: Number One.

 

 

– Moniiikaaa!!! Heniu dzwoni! – wołali koledzy. Dźwięk dzwonka telefonu satelitarnego w moim namiocie niósł się po zamarzniętej dolinie. Rzeczywiście, nikt inny nie telefonował do bazy w opuszczonym zimą gnieździe ośmiotysięcznych gigantów. Początek trzeciego tysiąclecia spędzałam w Nepalu u podnóża piątej co do wysokości góry Ziemi, uczestnicząc w Polskiej Zimowej Wyprawie na Makalu (8465 m)....

 
 
 
LOT12 Makalubaza Fot MR 470KB
                                     Fot. Monika Rogozińska

 

Baza pod Makalu zimą 2000/2001

 

 

LOT13 Katmandu Fot MR 606KB
                                     Fot. Monika Rogozińska

 

                                                                    W Katmandu

 …

 

Siedział przy stole z opuszczoną głową. Drzemał…? Boże, jak mogłam nie zrozumieć tego, co się naprawdę dzieje!
     Zatelefonowałam do szpitala w Warszawie.
     – Wiozę uczestnika zakończonego zjazdu pilotów, któremu udzielaliście pomoc – zakomunikowałam.
     Większość trasy znad Bałtyku pokonałam, wciskając gaz do dechy i klakson. Henryk półleżał.
     Żeby mnie policja zatrzymała. Pomoże nam – prosiłam w myślach.
     Nikt mnie nie zatrzymywał.
     Zajechałam przed izbę przyjęć. Wpadłam do środka. Sanitariusze biegiem przewieźli Henryka na noszach. Podłączono go do tlenu.
     – Jak pani mogła tak narażać pana Franczaka! Mógł umrzeć po drodze! Trzeba było wezwać pogotowie na wybrzeżu. Powinien już dawno być w szpitalu! – wybuchnął lekarz.

 

Otrzymałam list żelazny, glejt na podjęcie ryzyka ostatniej szansy. I nadzieję. Mogłam działać.

     Biuro tłumaczy przysięgłych przełożyło ekspresowo wypis ze szpitala. W podaniu do LOT–u poprosiłam o podwyższenie klasy biletu kapitana Henryka Franczaka z ekonomicznej na pierwszą i miejsce obok dla siebie. Złożyłam oświadczenie, że jako ratownik tatrzański TOPR wiem, jak korzystać z butli z tlenem i reduktorem. Podpisałam deklarację, że biorę na siebie pełną odpowiedzialność za opiekę nad pasażerem.Wiedziałam, że gdy samolot zacznie wznosić się ku niebu, zanurkuję w głęboką toń.– Żeby wpuścili Henryka do samolotu – prosiłam niebiosa, jadąc na lotnisko Okęcie. Henryk godnie się prezentował w wózku inwalidzkim z Orderem Virtuti Militari na piersi, w stroju stowarzyszenia lotników.
     – Kazał się tak ubrać, jakby… – żona siostrzeńca zawiesiła głos.
     – …jakby jechał w uroczystą podróż do Najwyższego Zwierzchnika – dokończyłam cicho.
     Ruszyliśmy do odprawy.
     Załoga samolotu stała w drzwiach. Na widok Henryka w wózku inwalidzkim piloci wyprężyli się na baczność i zasalutowali. Witali na pokładzie starszego kolegę - bohatera wojennego. Henryk przyłożył palce dłoni do furażerki… Obraz rozjechał mi się w mokrych oczach.

     Stewardesy zatrzymały wchodzących i wskazały nam miejsce w pierwszym rzędzie. Pasażerów, którzy je wcześniej wykupili, przeprosiły i wytłumaczyły, że w szczególnych przypadkach procedury każą tu właśnie posadzić chorego. Zrozumiałam. W razie akcji ratunkowej mieliśmy więcej miejsca do działania i nie stresowalibyśmy nieprzyjemnymi widokami sąsiadów. Butlę z tlenem umieszczono w schowku przed nami. Ze stewardesą przesadziłyśmy Henryka z wózka na fotel. Był taki lekki. Na bladej twarzy coraz mocniej zaznaczały się sine wargi. Paznokcie ciemniały. Niedotlenienie. Tylko ja zdawałam sobie sprawę z tego, co nas może czekać.

Henryk znowu łapał powietrze jak ryba wyjęta z wody. Podałam leki przez inhalator. Wsłuchiwałam się w jego oddech. Wydawało mi się, że zasnął. Obserwując go, modliłam się. Wystartowaliśmy. Zamknęłam oczy.

 

Niesamowite. Im wyżej i dłużej lecieliśmy, tym bardziej Henryk przytomniał. Szum silników, ciśnienie wewnątrz samolotu miały dla niego życiodajną moc. Był znowu w swoim ukochanym żywiole.Napoiłam go. Nakarmiłam. Otuliłam kocem. Zasnął.
     Drugi pilot znowu stanął przed nami.
     – Pan kapitan zaprasza.
     W kabinie pilotów wskazał nam dwa tylne fotele. Pasy, którymi się przypięliśmy, były inne niż dla pasażerów. Przytrzymywały także ramiona.
     – Boże, jak pięknie! – nie zdołałam powstrzymać okrzyku.
     Przed nami rozciągał się spektakl światła i żywiołów. Zachód słońca pomazał niebo w pasy żółte, pomarańczowe, różowe, niebieskie, granatowe, fioletowe… Morze chmur pod nami kończyło się jak równo ucięta puchowa kołdra. Za jej krawędzią połyskiwała ciemna woda Atlantyku. Rysowała krawędź kontynentu. Na wprost, jak klejnot, migotało rozjarzone światłami miasto – Boston. Widzieliśmy coraz wyraźniej oświetlone nitki ulic.  
     Samolot skręcił w lewo, na południe. Lecieliśmy wzdłuż brzegu Stanów Zjednoczonych w kierunku Nowego Jorku.
     Piloci odnosili się do Henryka z serdecznością i szacunkiem. To była relacja synów do ojca, którego podziwiają. Znali przebieg II wojny światowej. Pamiętali scenę, gdy polski bombowiec RAF Coastal Command nadleciał nad „Błyskawicę”. Pytali o ludzi i wydarzenia. Henryk siedział szczęśliwy i oszołomiony. Odpowiadał z ogromnym wysiłkiem.

…..

 

Lądowaliśmy. W kabinie nie było słychać oklasków, jakimi polscy pasażerowie dziękowali zwykle pilotom po wylądowaniu. Piękny zwyczaj został przez jakichś głupków z kompleksami, „nowo–Europejczyków”, wyśmiany w prasie jako prowincjonalny i dziś zanika.    
     Prawie godzinę kołowaliśmy po ogromnym lotnisku, nim samolot zadokował do rękawa.
     Piloci pożegnali Henryka honorami wojskowymi, a mnie szarmancko. Bajka się skończyła. Ruszaliśmy w czarną noc.

 

Niewiarygodne. Znowu weszłam w historię Henryka. I to jak! W całej Azji zamieszkałam właśnie tam, gdzie on…    
     50. rocznicę zdobycia dziewiczego K2 przez włoskich alpinistów, Achille Compagnoniego i Lino Lacedellego, Pakistan uczcił uroczystościami z udziałem premiera, międzynarodową konferencją i edycją znaczka pocztowego. Złoty Jubileusz K2 połączono z 51. rocznicą zdobycia Nanga Parbat. Przyjechałam na zaproszenie rządu Pakistanu. Reprezentowałam Polskę.    
     Gości jubileuszu przewieziono do Skardu. Otrzymałam niespodziewanie jako jedyna królewski dar: opiekę ekipy piętnastu tragarzy, kucharza, przewodnika, jedzenie, sprzęt biwakowy. Mogłam iść, gdzie chcę i na jak długo pragnę, w góry. Poszłam najpierw do stóp K2…
 
 
 
 
LOT14 Baltoro Przeprawa przez wode Fot MR 459KB
                                     Fot. Monika Rogozińska

Lodowiec Baltoro w drodze pod K2

 

 
 
LOT15 K2 Pakistan Fot MonikaRogozinska 137KB                                      Fot. Monika Rogozińska

K2. Pakistan

 

 
To, co się wydarzyło w rozgwieżdżoną noc, przypomniało, że wkroczenie w strefę śmierci ma nieprzewidywalne skutki.
     Hiszpan Juanito Oiarzabal skolekcjonował imponującą statystykę: był szóstym zdobywcą Korony Himalajów, trzecim, który wszedł na czternaście ośmiotysięczników bez dodatkowego tlenu z butli, na wierzchołki ośmiotysięczników wspiął się dwadzieścia jeden razy. Na szczycie K2 stał już przed dekadą. Tym razem w drodze powrotnej ze szczytu nie pojawił się w najwyższym obozie. Wspinacze, obudzeni w nim parę godzin po północy prośbą z bazy, wyszli na poszukiwanie. Znaleźli go sto metrów poniżej obozu. Dreptał w kółko z objawami choroby wysokościowej, obrzęku mózgu. Bronił się przed nałożeniem maski tlenowej. Ktoś wpadł na pomysł, który uratował życie Oiarzabalowi. Wydał rozkaz:
     – W imieniu króla Hiszpanii nakazuję ci nałożyć maskę!
     Poskutkowało.
     W akcji ratunkowej razem z nim sprowadzano do bazy koleżankę z Kraju Basków – Edurne Pasaban, szóstą kobietę, która stanęła na szczycie K2, a później jako pierwsza niewiasta skompletowała Koronę Himalajów. Teraz z bazy Edurne i Juanito ewakuował helikopter. W odwrotnym kierunku przyleciał włoski minister rolnictwa i leśnictwa i o mało co nie umarł na chorobę wysokościową. Celebrował w masce tlenowej. Wyglądał gorzej niż ci, którzy zeszli ze szczytu.
 
 
 
 
LOT16 Lino Lacedelli i MR Skardu 476KB Fot MR
  Fot. Monika Rogozińska

W wieńcu na szyi Lino Lacedelli – pierwszy zdobywca K2, na uroczystościach jubileuszowych w Skardu.
Obok stoi córka. W Złoty Jubileusz tamtego wejścia, w 2004 r., przyszedł do bazy pod 2. Miał 79 lat.
W pierwszym rzędzie, w środku, siedzi autorka książki „Lot koło Nagiej Damy”
 
 
 
 
Topniejące lodowce odsłaniały tragiczną historię walki o K2…
     W roku Złotego Jubileuszu lodowiec wyrzucił fragment zwłok Włocha, Renato Casarotta. Renato z żoną Gorettą tworzyli jedno z najbardziej znanych i romantycznych małżeństw w najwyższych górach. On się wspinał samotnie, ona na niego czekała w bazie, gotując i piekąc ciasta. W wyższych obozach pisał do niej listy, które potem znosił z góry. Przez radiotelefon relacjonował sytuację. Przez radiotelefon powiedział do niej ostatnie słowa ze szczeliny lodowej, do której wpadł w drodze do namiotu, gdy szykowała jego przyjęcie:
     – Goretta, ja umieram.
     Alpiniści wydobyli go. Żył jeszcze. Kiedy skonał, pogrzebali go w tej szczelinie. Był rok 1986. Góra pochłonęła wtedy najwięcej ofiar do tamtej pory w jednym sezonie.
     Siedemnaście lat później tors Casarotta znaleźli wspinacze z Kazachstanu i pochowali na cmentarzu koło bazy. W kolejnym roku, Złotego Jubileuszu, lodowiec oddał biodra i nogi Renato – w kieszeni spodni znaleziono notatki. Wciąż brakowało głowy. Himalaizm ma brutalne oblicza.
 
 
 
Podciął mnie przeszywający ból. Co się dzieje? Nie mogłam zrobić kroku.
     Wracałam do Polski na Boże Narodzenie przez Manhattan. Załatwiałam w Centrali The Explorers Club jakieś sprawy naszego Oddziału. Szłam do hotelu objuczona książkami, broszurami, komputerem. Po nowojorskiej wyspie zwykle maszerowałam, oszczędzając na komunikacji
     Położyłam torby na chodniku. Stałam na jednej nodze osłupiała. Obciążenie drugiej paraliżowało błyskawicą bólu. Tkwiłam pośród mijających mnie potoków ludzi unieruchomiona, bezradna. Zatrzymałam taksówkę. Dokuśtykałam do hotelu i na lotnisko. W Warszawie pojechałam do szpitala.
 
 
– Malowniczy zespół tworzymy, Henryku. Niósł ślepy kulawego, dobrze im się działo… Jak w bajce biskupa… – powiedziałam, śmiejąc się przez łzy. Szłam o kulach, a zasapany Henryk ciągnął moją walizkę z garażu do domu, potykając się w ciemnościach.Kolejny marzec. Połączyłam odwiedziny z dorocznym zjazdem Klubu. Obtłuczone boki thunderbirda niedobrze mówiły o samopoczuciu Henryka. Wszak był świetnym kierowcą. Nauczył mnie wjeżdżać tyłem w wąskie drzwi garażu i niewielką przestrzeń między samochodami. Moja niepełnosprawność go zmobilizowała. Teraz on mnie ratował.
     Niemal rok poruszałam się o kulach. To było wspaniałe doświadczenie...
 
 
 
Sposób, w jaki Henryk mówił przez telefon, zaalarmował mnie. Znałam ten stan niedotlenienia z gór. Wypisano go ze szpitala. Był tam z powodu duszności. Wrócił z bólem głowy. Migrena, powiedziano. Spakowano mu środki przeciwbólowe i odwieziono ambulansem do domu.
     – Będę u ciebie w ciągu doby – powiedziałam i pojechałam na lotnisko.
     Otworzyłam drzwi w North Scituate. Henryk od kilku dni leżał w salonie, tam, gdzie go zostawiono, bo nie miał siły wstać. Był w rozpaczliwym stanie, wychudzony, odwodniony…
 
 
Pożegnaliśmy się w domu. Henryk był osłabiony. Na zewnątrz panował ziąb. Zamknęłam drzwi. Wracałam do Polski. Znajomy podrzucał mnie na stację autobusową do Providence – miasta Opatrzność. Załadowaliśmy mój bagaż. 
     Odjeżdżałam. Spojrzałam jeszcze raz na dom. Nie wiem, skąd Henryk wziął tyle sił, żeby tak szybko się zerwać na nogi i ubrać. Stał przed drzwiami w uniformie stowarzyszenia lotników. Palce dłoni przyłożył do furażerki. Wyprostowany jak struna salutował. Oddawał mi rycerskie honory na pożegnanie...
 
 
 
Spojrzałam do góry. Błękit nieba przecinała mocna biała smuga. Malował ją wysoko nad nami samolot. Zamigotał srebrnymi skrzydłami.
     – Henryku, udało się! – zameldowałam.
 
 
 
 
INFORMACJA:
 
     Prezentacja premierowa książki odbyła się w Centrum Prasowym Foksal Domu Dziennikarza w Warszawie 12 maja 2016 roku. Spotkanie poprowadził red. Krzysztof Rawa, za co jestem ogromnie wdzięczna.
 
 
     Wszystkie zdjęcia z okresu II Wojny Światowej, jakie posiadał Henryk Franczak, zaniosłam do Muzeum Powstania Warszawskiego na wiele lat zanim napisałam tę książkę. Okazało się, że Muzeum nie miało wtedy żadnych informacji o pilocie Stanisławie Franczaku, bracie Henryka, który w wieku 24 lat zginął, niosąc pomoc powstańcom warszawskim. Muzeum zrobiło kopie zdjęć i dokumentów. U mnie pozostają oryginały.
 
                                                                                                                              Monika Rogozińska

 

 
 
LOT KOLO NAGIEJ DAMY. Okladka cala 348 KB
 
 
 
Wydawnictwo BERNARDINUM
Autor tekstu: Monika Rogozinska
Projekt graficzny i skład: Monika Rogozińska, Michał Mierzejewski
Projekt okładki: Michał Mierzejewski
Oprawa twarda
Liczna stron: 300
Autorzy zdjęć: Monika Rogozińska (80), Archiwum Moniki Rogozińskiej (51), The Explorers Club/Archiwum Moniki Rogozińskiej (1), Archiwum Teresy Gajewskiej (3), Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie (2), AGE/EAST NEWS (2), AP EAST NEWS (1), Andrzej Niedźwiecki (1)
 
Wydawnictwo BERNARDINUM
ul. Bpa Dominika 1183–130 Pelplin
Kontakt i zamówienia książek:
e–mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Tel.+48 58 5361757,
+48 58 5316481
a także:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.